Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Panorama

Wiersze - wg tomików

ZIELONE SKRZYPCE, 1955 r.

Zielone skrzypce
W sprawie zapominania
Pytanie półretoryczne
Do domu
Rzeczy codzienne
Spojrzenie za siebie

WĘDRUJĄCA GRANICA, 1961 r.

Tobie mówić
Chiński wiersz
Błękitna elegia
*** [Boli mnie - więc jestem...]
Elegia łemkowska
Jeszcze o ziemi
*** [Idę z pamięcią, tak jak z połowu ciągną sieci...]
Wiersz z przesłaniem
Mikroliryka

UKŁAD SERDECZNY, 1965 r.

Układ serdeczny
Gdziekolwiek
*** [Jeszcze widzę, jak odchodzisz...]
*** [Dniom, że nazbyt ulotne...]
Zaproszenie
Opisywanie mieszkania
Kantata

POCHWAŁA KOLIBRA, 1972 r.

Pochwała kolibra
Powietrze
*** [Serce mnie niesie...]
*** [Wyprowadziłbym się z siebie...]
Twoje i moje

BLIZNY PO ŚWIETLE, 1978 r.

*** [Jeszcze został papieros jeden...]
*** [W powietrzu czystym jak łza...]
*** [Kiedy przechodziłaś w południe czerwcowe...]
*** [Tyle muszę wzgórz przewidzieć...]
*** [W zrenicach masz pełno...]
*** [Wiersze coraz mniejsze...]
*** [Znalazłem w domu...]
*** [Tak mocno serce ci bije...]
*** [Dopóki cię szukam, jeszcze jesteś...]
*** [Brat klepie kosę o świcie...]


Zielone skrzypce

Jest jeden ogród
w dzieciństwie mym.
Do niego czasem wracam.

Chodziłem wtedy
w krótkich drelichowych spodenkach
- przykrywały po pół kolana -
patrzyłem,
czy kury nie grzebią na grzędach
i sluchałem konikow polnych
od rana
do nocy.

Śmieli się nieraz koledzy
- sąsiedzcy chłopcy -
że tak chodzę
przez ogrody,
przez miedze
i że ptaków nie strzelam z procy.

A wszystko stąd,
że w ogrodzie
w niedzielne popołudnie
bajki opowiadała mi matka.
I słuchałem z zapartym tchem.

A najmocniej do serca przywarły
słowa,
które na pamięć umiem.
Powtarzałem je nocą i dniem.

To nie było o skarbach -
a po prostu o tym,
że każdym konik polny
ma zielone, malutkie skrzypce,
aby na nich grywał
ludziom we dnie,
a gwiazdom w nocy.

Długo mi skrzypce
świerszczy się śniły,
długo na palcach
łąkami brodziłem,
tajemnicy szukając zielonej.

Grały skrzypce.
Całe orkiestry grały.

I szedłem muzycznym traktem
zmartwiony
i mały
w krótkich drelichowych spodenkach.

W macierzanki listkach szukałem,
w koniczynie czerwonej szukałem,
żółty pyłek miałem na rękach.

Chyba już tak zostanie
i skrzypiec
nie znajdzie nikt.

Ale jest ogród
w dzieciństwie mym.
Do niego czasem wracam.

Mamo,
tak wcześnie wstajesz rano.

Do drzwi przypadam,
by ucałować twe ręce,
które są
jak dwa listki jesienią.

Bajki i pieśni dałaś mi na drogę.
Nie trzeba,
naprawdę nie trzeba mi więcej.
Resztę życia,
sam sobie doskladam.

Skrzypce się, mamo, zielenią.

1953

W sprawie zapominania

Są w jednym domu drewniane schody;
możesz je spalić,
muzyków upić winem i miodem,
żeby nie grali.

Możesz zaorać waziutkie ścieżki
o zmierzchu siwym,
ażeby wyrósł łubin niebieski
albo pokrzywy.

Cały dom w pustkę przemienić możesz,
zasadzić głogi,
aby nie było o żadnej porze
powrotnej drogi.

Ale nie można odsunąć wspomnień
jak lampkę wina.
Ten co powtarza co dzień "zapomnę",
nie zapomina.

Zielem zarosną ścieżki, lecz pamięć
- nie ma ratunku -
pamięć powróci tymi schodkami
do pocałunku.

Pytanie półretoryczne

Wy, co znaleźć jamb umiecie
rozgryzając każdy wiersz,
pieśni znacie każde włókno,
do was zwracam się, powiedzcie:
jakim metrum ćwierka świerszcz,
gdy mu smutno?

Do domu

Tam jest wszystko piękniejsze.
I obłoki, i wiersze,
i tak rzeka, gdy płynie,

nawet w letnim poranku
białe chmurki rumianków
na polanie pod lasem.

A wieczorem - wieczorem
gwiazda błyska nad borem,
czas muzyki nastaje.

Skrzypiec dotknąć wystarczy:
wyjdzie księżyc, zatańczy,
dobry pasterz słowików.

Zostawiłem pod płotem
siedemnaście stokrotek;
muszę sprawdzić, czy kwitną.

Drobne kwiaty przy domu
niepotrzebne nikomu,
ale radość z nich pszczołom.

Ten wiersz daje ci w ręce
i nie pytaj mnie więcej,
po co wracam do domu.

Rzeczy codzienne

Chciałbym coś w życiu wynaleźć,
żeby na co dzień zostało;
nie armatę i nie organy,
ale jakąś drobnostkę małą,
powszednich rzeczy garstkę.

Chciałbym być jak ten złotnik zakochany,
który wynalazł naparstek.

Spojrzenie za siebie

Nigdy woda nie wraca do zródła
i ja w tamte lata nie wrócę,
gdzie u miedzy krowa wychudła
i obdarty pastuch przy nauce.

Patrzyłem świątkom przydrożnym w twarze
i ludziom w twarze patrzyłem,
i czytałem w nich strofy wydarzeń
jak się czyta księgi zawiłe.

Dojrzewają fioletowe śliwy,
rośnie milczenie i łopian,
gdzie na wzgórzu Chrystus frasobliwy
o pobrużdżonej twarzy chłopa.

Pomarli rzezbiarze bólu i nędzy
w drzewie rzezbiący i w bryłach kamienia,
którzy brali cierpieniu świętych
miarę z własnego cierpienia.

Nawet dobrze, że się zatraca
pierwsza lekcja w polnej nauce -
nigdy woda do zródła nie wraca
i ja w tamte lata nie wrócę.


Tobie mówić

Sa chwile o świcie jak jabłka rumiane.
Południe jak złota gotycka lawina.
A potem wieczór ścieżki dnia splątane
księżycowym sierpem przecina.

Wciąż stukot serca, wciąż dni odpływ,
i nawet nie wiem, ile mi zostało,
żeby Tobie mówić pierwsze dzień dobry
i Tobie ostatnie dobranoc.

Że się troski nauczyć nie można,
wiedziałem- lecz dziś więcej wiem:
kiedy nadciąga rzeka snu powolna,
pod powiekami Cię unosić w sen...

Tyle gwiazd i jabłek pod ręką -
wszystkie dla Ciebie. A jeszcze chciałbym łąką
razem iść na wiosenne święto
wniebowstąpienia skowronków.

Dla Ciebie słowa prowadzić w złote wesele pieśni.
Dla Ciebie żyć i nie umierać.
Z Tobą patrzeć, jak kluczem dzikich gęsi
jesień się otwiera.

I niech w roku będą tylko same lipce,
z płonących lipców lata całe.
Bo kocham Cię. Jak Cygan skrzypce.
Jak zima dzwonki białe.

Chiński wiersz

Płynę łódką, którą jechał Li Tai Po.
Na wodzie księżyc ten sam,
po który on się wychylił
na samo dno.

Czytam o wojnach, o winie, o rozstaniach.
O słonecznikach myślę jak zesłaniec z Elan.

Przed tysiącem lat
wszystko już było znane.
Piękny to, ale smutny żart,
że mieliśmy gwiazdy te same.

Błękitna elegia

Miałem kiedyś wiarę gotycką,
a oto jestem władcą na popiele.

Słyszałem przesypywanie muzyki przez fortepiany
i widziałem miast wniebowstąpienie
w trzasku płomieni.
A tam, gdzie kończy się ostatni płomień,
staje anioł z powietrza i zmyślenia.

Tygodnie się wypalą,
siedmioramienne jak hebrajskie lichtarze.
Dni będą czyste, przejrzyste,
oczyszczone z radości, ze smutku,
chwile coraz bardziej błękitne i srebrne.
I tak wejdziemy powolutku
pomiędzy rzeczy niepotrzebne.

Z dymu były nasze pierścienie.
A tam, gdzie to lato świeciło,
teraz jest kraina oddana aniołom
i śniegowi na zaprószenie.

I nie będę miał nieba nawet tak małego
jak ten maleńki kwiat, nie zapomnij mnie,
niebo, które w jednej źrenicy się zmieści,
prośba błękitnie ułożona we wszystkich językach.
Ne m`oubliez pas.
Niezabudka.
No me olvides.
Vergissmeinnicht.
Nezaboravak.
Nefelejcs.
Forget ma not.
Non ti scordar di me.

*** [Boli mnie - więc jestem...]

Boli mnie - więc jestem.
W tym pustym miejscu koło mnie
Twoje rysy znaczyłem jak szkło diamentem,
żeby każdy skręt powietrza przed Toba się otwierał.
Ty jedna poruszać się tu możesz swobodnie
nie kalecząc mnie ani siebie.

Ja wiem, że są na pewno po drugiej stronie lustra
zegary wskazujące pochylenie czoła.
Ale Ty o nich, piękna, nic nie wiesz.

Chwile kruche, do złudzenia tak podobne!
Ciągle patrząc nie widzimy, jak płowieją nasze oczy.
Lepiej zostać mi było na lipcowej drodze
sprzed tysiąca i ani jednej naszej nocy.

Elegia łemkowska

Oj miły pisonki, de ja was podiju?
Pidu do lisoczku i tam was rozsiju,
Budut tam diwczata na trawu choditi,
Budut spiwanoczki moij znachoditi.
(z piosenki łemkowskiej)

Okołycia krasna, derewa zełenijut sia,
a ludej ne widno.
( z bajki łemkowskiej)

Piękna okolica. Zielenią się drzewa.
Kwitną tylko sobie. Owoce spadają.
Ktoś miał tu zaśpiewać, ale nikt nie śpiewa.
Ścieżki zapomniały, gdzie prowadzić mają.

Stoi studnia w środku seła.
Żuraw z niej nie pije.
Las się dziewcząt nie doczekał -
przez zagony, wprost, na przełaj
schodzi z gór ku wioskom.

Okołycia krasna, zełenijut sia derewa.
Tu po rusku dzwoniły obłąkane dzwony.
Na progu domów spalonych
jaszczurka się wygrzewa.
Już dziesięć koron przybyło
pierwszym polnym sosnom.

Płynęło wino z Węgier dukielską przełęczą,
coś tam kapło i ruskim świętym,
ale ruski Pan Bóg - nie żarty,
nie pomogły wykrety,
więc pokornie od wieków klęczą
wystrojeni jak za dobrych lat
po cerkwiach nieprzytomnie pstrokatych.

Wilcze tropy dookoła, dzików slad,
a po cerkwiach chodzi deszcz i wiatr,
lecz nie żegna się po trzykroć i nie modli -
i smutni są święci i bardzo samotni.

Mógłbym zagrać im na skrzypcach albo na flecie,
ale nie znam greckich melodii.

Ruski święty, ruski anioł.
Za daleko z tej ziemi do nieba.
Bóg ich nie ma w swej opiece,
gdy im człowiek pomóc nie chce -
a z cerkiewek nie odlecą,
choć drewniane skrzydła mają.

Piękna okolica. Zielenią się drzewa.
Czasem wóz zaskrzypi nocą, znajomo zaśpiewa,
a potem błyskają siekiery, topory,
i lecą anioły, i trzeszczą ikony.
Wełyki Hospody Boże!

Jeszcze o ziemi

To prawda, prawda wszystko -
tam drzewa mnie znają i ptaki,
tam moich śpiewek kołyska
umajona sadami.

Ale ty mi nie radź, matko,
żebym z ziemią się zaręczył.
Ja mam większe gospodarstwo
za wjazdową bramą tęczy.

Pokochałem kruchy szelest
i bezpowrotność dróg.
Mnie nie trzeba ziemi wiele -
zmierzcie ślady moich stóp.

Wrócę ojcze, powietrza zaczerpnę,
gdziem poznawał smak chleba na pamięć,
gdy soczysty dojrzały sierpień
w doliny kapał gwiazdami.

Gdy rozstanę się z mym cieniem,
gdy się serce uspokoi -
i tak ze wszystkich miejsc na ziemi
tylko jedno będzie moim.

Więc się nie martw, moja matko,
i nie mówmy o tym już.
Zapisane mam na własność
podkarpackich tysiąc wzgórz.

*** [Idę z pamięcią, tak jak z połowu ciągną sieci...]

Idę z pamięcią, tak jak z połowu ciągną sieci.
Nade mną trzepot skrzydeł. Ja wiem co to znaczy.
Lecą ptaki. Ruch skrzydeł przypomina
ruch dłoni nad głową uniesionej na pożegnanie.
Wszystkie stany ziemskie i przelotne.
Przez mroczne kręgi snu twój profil jeszcze świeci.
Jakbym prosił o westchnienie, o jeden żywy oddech
tych, którzy będą, kiedy już nas nie stanie,
rysuję twój portret - z domyślnym
ptakiem na ramieniu.
I wiersze ci oddaję na ostatnie mieszkanie.
Odlatują ptaki. Przylecą znowu ptaki.
Ruch skrzydeł przypomina zawsze pożegnanie.

Wiersz z przesłaniem

Konie kare przeważnie, czasem siwki, kasztany,
ale paradne konie, koniki na wyjezdne
przywiozły kramik ze wsi
w malwy i ptaszki ubrany,
a wozy skrzypią krzepko, a wszystko furkocze,
siwe oczka, malowane wstążki i warkocze.

Mirty suszone. Poeci wóz pełen siana przywieźli
i teraz rzeźbią w tym sianie.
Pasteryzują lirykę. Cukier leją w gorzką wierzbę
z obciętym łbem. Na znak, że mieli wieś po drodze.

Rzuciłbym tę lirykę, to "niebo niebieskie
nad Duklą albo Leskiem"
żegnając miasto.
Ale kamienia, kiedy dłutem został raz otwarty,
już nie można z powrotem zatrzasnąć.

Nie chciałbym zostać żeglarzem bez ziemi.
Niech przy mnie będzie profil surowy,
tych wsi, które zarastał płomień.
Trzeba ziarno lnianego sumienia przenieść
i sól zbieraną na barkach przez kilka pokoleń.

Nie koniki paradne stroić mi na wyjezdne,
Ale prowadzić rzeczy cierpkie i bolesne,
a wstydliwe i domowe jak krowy.

P r z e s ł a n i e:

Każcie sobie woskiem zalać uszy.
Mnie najbliższy Norwid,
dziadyga ostatni.
I Rimbaud. On się nie zmienił.
Choć przestał pisać wiersze, dalej robił to samo:
znów przemycał narkotyki i broń.

Mikroliryka

To są drzwi bez wyjścia. Otwarte jak powietrze dla krzyku.
Tylko, żeby wejść - wrócić już nie można.
Nie wraca się do rzeki.

Po złotych progach jesieni
zwierzęta i drzewa schodzą do jednego morza.
Podobno są - ale gdzie? - prawdziwe brzegi.

W cierpliwości jestem kruchy brat kamienia.
Na tej ziemi, najpiękniejszym słoneczniku,
po mnie i po tobie przejdą traw pokolenia.


Układ serdeczny

Jeśli wyruszysz kiedyś do Itaki,
módl się, ażebyś drogę miał daleką.
(Konstantinos Kawafis)

Świat był kiedyś mniejszy, sprawdzony.
Mieściłem się w nim jak ptak w gnieździe.
Poznawałem od zielonej strony
słów dorzeczność i dosłowność rzeczy.
O dni lata sprzed lat, gdzie jesteście?

Wierzyłem, że gdyby coś mi się stało,
pies znacząco by w domu zaszczekał.
Tego psa już nie ma, nowy mnie nie pozna,
nie wybiegnie na drogę z daleka.

Teraz w domu-wędrówce, w tym domu-przejeździe
co dzień stary testament układam do nowa
i rosną we mnie przestrzenie
z wielkim lasem dla echa.

Ile tu już lat w tym mieście?
Rano, jeszcze niosąc resztki snu na powiekach,
słyszę dzwony,
czasem dzwonków u sań dalekie wołanie.
Dzwonią: Alicjo, Alicjo. Przez twoje dłonie
linia mojego życia biegnie.

Widziałem cię nad morzem Czarnym
i w południe słoneczne w Tracji
w takiej ciszy, jakby Orfeusz dopiero przechodził
w nie zapisane jeszcze mitologie.
Wtedy spojrzałem za siebie.
Ile rysów mamy wspólnych?
Ty masz moje a ja twoje zmarszczki.

Co mi zostało? Co mnie obchodzi?
Obchodzą mnie drogi, czerwone krople krwi.

Gdziekolwiek

Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie,
będą miejsca w książkach i miejsca przy stole,
kasztan, kiedy kwitnie lub owoc otwiera,
będą drzewa, ulice, ktoś nagle zawoła,
ktoś do drzwi zapuka i pamięć przyniesie
z kwiatem, z godziną, z kolorem,
wciąż będzie początek, bo wszędzie są mosty
prawdziwe jak powietrze ode mnie do ciebie,
gdziekowiek będę, cokolwiek się stanie.

*** [Jeszcze widzę, jak odchodzisz...]

Jeszcze widzę, jak odchodzisz.
Jeszcze ciągle stoję patrząc,
po południu, w jasnym słońcu.
Czekam,
próbuję przekrzyczeć - przemilczeć.

Nie widzisz mnie nigdy,
kiedy mi najsmutniej.
Smutno jest daleko od ciebie.
Jeszcze widzę, jak odchodzisz
coraz dalej.

Jeszcze ciągle stoję patrząc.
Dni mijały. I wiatr ustał,
usnął w topoli, rozebrany
z przezroczystych wstążek powiewu.

Przychodzi wieczór. Daleki? O ile lat?
Szecherezada trzy raz
skończyłaby opowieść.

Pamięć zaczyna się od sadu. Sad od pamięci.
Nasza jabłoń już urosła.
Nasza jabłoń przez sen kwitnie.
Po połusdniu, w jasnym słońcu.

Czekam.
I znów się budzę.
I tak się zaczyna sen większy.

W lustrach będziemy sprawdzać,
jak dalekośmy uszli.

Przyjdź i dla oddechu
dolinę światła przyprowadź.

*** [Dniom, że nazbyt ulotne...]

Dniom, że nazbyt ulotne,
ciężar nadać: znaczenie.
Póki oddech nie minie,
będę czekał na ciebie.

Przyjdzie czas i błękitne
okno otworzy.
Garstka łubinu tam kwitnie,
mokra od rosy.

Jeszcze nad tym pokojem
świeci pierwszym blaskiem
prawo wyobraźni,
ostatnie prawo łaski.

Ono czasem mi szepce
straszliwą nadzieję:
że w tym wierszu zostanę,
żeby czekać na ciebie.

Zaproszenie

Mówiłem: pojedź ze mną, to niedaleko.

A prosiłem naprawdę: wejdź i zamieszkaj
jeszcze w moim dzieciństwie,
weż ten dar - z pamięci.

Pokażę ci drogi, które z ludźmi odeszły.
Ja wziąłem tylko opuszczone echo.

Pokażę ci w powietrzu miejsca
przecięte jaskółczym śmignięciem.

Opisywanie mieszkania

Mały ten pokoik. Tu mieszkam z przedmiotami;
opisywać ich nie warto, bo mogę je zmienić.

Książkom ciasno. Ale radościom i smutkom przestronno.
Mozna by tu pomieścić muzykę na długie doliny.

Tutaj przychodzę z pełnymi oczami,
bo mam światła tylko tyle,
ile w oczach można przenieść.

Palę papierosa, patrzę na rozstanie
dymu z popiołem. Myślę, kiedy miasto drzemie,
jak opowiedzieć brzoskwinię.

Pewnie tu usnę kamiennym snem bez snów.
Zostaną przedmioty. Garstka słów zostanie.

Kantata

Śniły mi się konie bez ziemi.
Śniły mi się ptaki bez nieba.
Próbuję z tego uskładać obraz bardziej logiczny.

Tu żadnej pory roku oprócz zimy nie ma.
Tu miejsce na labirynt i na głowę kamień.
Obcy mur z obcym murem graniczy.
Na łodyżce podwórka więdnie lniany kwiatek nieba.
O, miasto, ucieczko grzesznych!

A oni tam zboże sieją, senne siano się zwozi
w sienie otwarte na oścież.
Tam lato ze złotym berłem przechodzi.
Jeszcze z daleka, z całego królestwa
świeci mi ostatnie jabłko na jabłoni.

Stamtąd idę, z ogrodu, żeby napisać list o czułości,
o dłoniach zdrewniałych od pługa i ziemi,
o dłoniach szorstkich od cebrów i sierpa,
delikatnych jak motyle, czułych jak dmuchawiec.
Myślałem: liryka to modlitwa najbardziej świecka.
A to może tylko pozdrowienie dla moli.

Szły do mnie stamtąd zwierzęta, ale się rozeszły
na mięso i na skórę.

Chciałem wiedzieć, którędy linia graniczna przebiega
między żądłami pokrzyw a żądłami miodu,
i gdy wiatr jak zwierzęta ślepe, kto cugle wiatru trzyma?
A poznałem, że stalowa strzałka tęskni za biegunem.

Śniły mi się konie bez ziemi.
Śniły mi się ptaki bez nieba.
O, miasto, ucieczko grzesznych,
gdzie moja wina?

Tu miejsce na labirynt i na głowę kamień.
I nikt nie krzyknie nawet,
kiedy upadnę w tym zgiełku zmotoryzowanym.
Jak resztki lodu sprząta się przed wiosną,
obcego człowieka poniosą.

Zbiegną się nagle wszystkie strony
i pory roku będą równocześnie.
Wszystkie chwile ma raz uderzą do serca
i spór będą wiodły: do której z nich należę.

I to niech będzie spowiedź. Ale bez rozgrzeszenia.
Nie chcę, by okradano mnie z mojego życia.

Natura nie znosi próżni. Tu, zanim się umrze,
wcześniej już w ludzkich umiera się myślach.
Tam prędzej grób zarasta. A tu prędzej pamięć.
Chciwi nawet przestrzeni, która mnie otacza, drzwi otoczą i wejdą między przedmiotów pawie.
Wiadomo: tancerze odchodzą, ale taniec powraca
w te same okolice.
I nawet ta, którą kocham, powiedzieć musi, że to obcy człowiek.

Kiedy będą sprawdzać, czy jestem podległy ranom,
dwie okruszynki zieleni zobaczą wśród powiek.

By udać, że się nie spieszą,
tym razem mnie miejsca ustąpią.
Dzwony są tylko na ogień.
Dzwony są tylko na popiół.


Pochwała kolibra

W hołdzie dla Octavia Paz

Powietrze drgające, migotliwe
od ruchu skrzydeł i kolorów -
koliber
staje przed kwiatem jak anioł zwiastujący.

Mówili o nim, że tak samo jak kwiaty
w czasie suszy umiera, by ożyć w porze deszczów.
Kolory świadczą, że przefrunął przez tęczę
z zielonego raju Tlaloka.

Żywiąca się miodem, esencją kwiatów
kruchość, niemal tęsknota
za istnieniem,
nieustannie powracająca w powietrze,
a jednak z krwi i kości, prawdziwa.

Nie sprawdzali, że w ciągu sekundy
najmniejsze z kolibrów wykonują
około 50 poruszeń skrzydełkami.
Połączyli tylko kruchość i własne pragnienie
i kazali nieść małym skrzydłom.
A pośpiech i pragnienie to bliźniacze kwiaty.
Wiedzieli o tym Aztecy,
pozwalając, by z jednego słowa wyrastały
ollin i yollotl - ruch i serce.

Został więc kolober wysłańcem
Xochipilli, Pana kwiatów i dusz,
i chyba się urodził razem z Piątym Słońcem
tam, w Teotihuacanie, kiedy zebrali się bogowie.

Powietrze

Powietrze między mną i tobą,
nierozdzielne, bezgraniczne,
gotowe zawsze na przyjęcie
każdego głosu, każdej ciszy.
Powietrze bardzo ustępliwe,
wybuchom pąków, kul pochodom.

Pierwszy łyk światła i ubranie pierwsze.
Zastępca zawsze wychodzący na miejsce
ściętego drzewa i wyschniętej rzeki.

Wiem: w obojętnym powietrzu
pustki po mnie nie będzie.

(Meksyk, 8 października 1965)

*** [Serce mnie niesie...]

Serce mnie niesie.
Ja niosę czas.
Kropla na liściu.
Listek na wodzie.

*** [Wyprowadziłbym się z siebie...]

Wyprowadziłbym się z siebie
i zamieszkał na uboczu,
w jakimś kątku - jeszcze nie wiem -
niedaleko twoich oczu.

Twoje i moje

Pamięć o tobie zawsze jak amulet noszę.
Pod twoją nieobecność biorę długie lekcje czasu.
Chciałbym być blisko jak powietrze na twoje zawołanie.
Ze smutkiem sobie poradzę, radością nie mam się z kim podzielić.
Twoje słońce mi bardziej potrzebne niż moje.


*** [Jeszcze został papieros jeden...]

Jeszcze został papieros jeden
z podarowanych na drogę.
Nie będę go palił.
Bo ta droga, moja droga,
potrwa jeszcze trochę.

*** [W powietrzu czystym jak łza...]

W powietrzu czstym jak łza
te słowa kiedyś może ją spotkają.
Tylko ptak, który śpiewał we mnie,
odleci do zimnych krajów.

*** [Kiedy przechodziłaś w południe czerwcowe...]

Kiedy przechodziłaś w południe czerwcowe
koło ogródków całych z pszczelej muzyki,
widziałem, jak obracały się ku Tobie
ślepe, jeszcze nierozkwitłe słoneczniki.

*** [Tyle muszę wzgórz przewidzieć...]

Tyle muszę wzgórz przewidzieć,
które mi cię zasłaniają.

A tam, może teraz, w źrenicach
niosą cię, białą?

Z wypatrywania, z wiatru
dwie krople słone.

Okna i drzwi mojego domu
ciągle wychodzą w twoją stronę.

*** [W zrenicach masz pełno...]

W źrenicach masz pełno
leśnego miodu.
Ale nie mów o tym.
Nikomu.

*** [Wiersze coraz mniejsze...]

Wiersze coraz mniejsze,
jak skurcz serca,
jak westchnienie,
gdzie coś nie rymuje się z niczym,
aż wreszcie
zacznę pisać wiersze białe
jak snieg,
jak pusta kartka.

*** [Znalazłem w domu...]

Znalazłem w domu
jeden twój włos
długi i czarny.

Jeden włos
cieniutki jak nadzieja.

*** [Tak mocno serce ci bije...]

Tak mocno serce ci bije,
że zasnąć nie mogę.
Słońce wschodzi. Tak samo
jak dwadzieścia siedem dni temu.
Czy można serce słyszeć z daleka?
Pewnie tu zostało,
w pudełku.
A może to tylko moje serce,
jak wszystkie naraz dzwony Krakowa,
na ratunek bijące, na trwogę?

*** [Dopóki cię szukam, jeszcze jesteś...]

Dopóki cię szukam, jeszcze jesteś.
Kiedy nie będzie maków, łubinów, piwonii,
kiedy żadna róża róży nie przypomni,
kiedy nie będzie ławek ani ścieżek,
kiedy pies nie zaszczeka już w żadnym ogrodzie,
kiedy nie będzie lip kwitnących w czerwcu,
kiedy oczy moje będą tak daleko,
że ich nie zaskoczy żadne podobieństwo,
kiedy jasne okna będą tylko ciemnieć
na znak, że gaśnie ostatnia myśl o tobie,
kiedy już wszystko taka mgła zasłoni,
że żaden kształt w pamięci kształtu już nie wspomni,
kiedy z jasnością tak się zamknę w sobie,
że już mi nawet powietrze nie przypomni powietrza,
dopiero wtedy...

*** [Brat klepie kosę o świcie...]

Brat klepie kosę o świcie.
Słońce wschodzi od Komborni,
od twojego domu idzie.

Więc słowo najsłoneczniejsze
chciałbym jak lustro w twą stronę
odesłać choć jednym wierszem.

Słońce we mnie z łuku mierzy.
I jestem tak szczęśliwy,
że aż się boję uwierzyć.

2007 - 2009. Wszelkie prawa zastrzeżone. Napisz do admina.