Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Panorama

Inspiracje Zychem

Marek Grechuta:

Pierwsza i niestety jedyna (póki co, mam nadzieję!) rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to utwór "Gdziekolwiek" skomponowany i zaśpiewany przez Marka Grechutę na płycie "Droga za widnokres" z 1972 r. oraz "Kantata", również w wykonaniu Grechuty, pochodząca z płyty "Korowód" nagranej wraz z Anawą w 1971 roku. Posłuchaj obu utworów:


Marek Grechuta - GdziekolwiekGrechuta i Anawa, Kantata

Elżbieta Adamiak:

Kolejne odkrycie! Elżbieta Adamiak i czwarty utwór z płyty "Nic nie mam", zatytułowany "Opisywanie mieszkania", a powstały z połączenia dwóch tekstów Zycha - wspomnianego"Opisywania mieszkania" oraz wiersza "Wyprowadziłbym się z siebie..."


Nic nie mam004-Opisywanie mieszkania

Jerzy Harasymowicz -

- jeden z wierszy tomiku "Powrót do kraju łagodności", poświęcony Jankowi Zychowi:



"Miasteczko w Karpatach"

Na jednym jego końcu Jan Chrzciciel chudziutki nie chce łakomstwem zgrzeszyć
więc tłuste kury z swej kaplicy wygania, aż trzepoczą nad miasteczkiem.
Naprzeciw św. Florian, pod nosa czerwonym żaglem
ma jak półksiężyc złotą łodkę wąsów, i od ognia tulipanów
jest odgrodzony płoteczkiem.

Uliczki kot przeskakuje z jednej rynny na drugą,
maleńkiemu świątkowi ciernie ptaki wyciągają z pięty
i fura ze zbożem, bez koni, z dyszlem jak z laską na ramieniu,
jak dziad wygląda kudłaty, a obok pies leży, w kurzu wyciągnięty.

Na szubienicy daszku piekarniczego wozu, co jedzie aby - aby,
woźnica schylił głowę, powieszony na drzemce,
i ku brązowej kopułce cerkiewki, myśląc, że to orzech,
chnury zachodu rude wiewiórzyce, zza jodeł się wychylają poruszone wielce.

A gdy nocą burza o byle świerk opiera, chcąc go! zedrzeć, błyskawic srebrny kaganiec
wtedy na ciemne, szumiące deszczem góry otwieramy okno
i śni się nam niedźwiedź, co objąwszy konia białogrzywego za szyję,
wolno puszczą słoneczną jedzie i jak dziecko śni słodko.



Inspiracje Zycha

Halina Poświatowska -

- wstęp do jej "Wierszy Wybranych" autorstwa Jana Zycha:

W październiku 1967 roku byłem na wakacjach u rodziców na wsi. Kiedy wróciłem do Krakowa, dowiedziałem się, że Halina Poświatowska już nigdy się nie pojawi na ulicy Krupniczej - minęło trzy dni od pogrzebu w Częstochowie. Nie widziałem jej grobu. Nie położyłem na nim kwiatów. Ostatnią garść kwiatów, lekkich i pogodnych - były to chyba frezje - przyniosłem jej do sali szpitalnej przy ulicy Kopernika w Krakowie, kiedy pod opieką profesora Aleksandrowicza przechodziła badania tuż przed mającą się odbyć w Warszawie drugą operacją serca. Pamiętam, letnie słońce aż kłuło w oczy. Ostro rysowała się za oknem zieleń ogrodu. To moje ostatnie spotkanie z Haliną. Z Haliną żywą. Nie potrafiłbym zresztą wyobrazić jej sobie inaczej. Halina Poświatowska (z domu Myga) urodziła się w Częstochowie 9 lipca 1935 roku. Poznałem ją, kiedy przyjechała do Krakowa, przed debiutem w "Zebrze" w 1956 roku, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spędziła długi czas w szpitalach i sanatoriach i że już zdążyła zostać wdową. Adolf Poświatowski, którego poznała w sanatorium także zmarł na serce, po kilku zaledwie miesiącach małżeństwa. Wyraźnie napisze o tym dopiero po latach, w trzecim tomiku:

"Serdeczny palec lewej ręki ozdobiony raz pierścionkiem owdowiały jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten, który mi dał pierścionek, już dawno nie ma palców, jego ręce splotły się w jedno z korzeniami drzewa" (Oda do rąk).

W 1958 roku ukazał się pierwszy jej tomik - Hymn bałwochwalczy. W jednym z wierszy tego tomiku pisała:

Jestem Julią mam lat 23
dotknęłam kiedyś miłości miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy wzmogła
rytm serca rozdrażniła mój żywy organizm


(jestem Julią)

To obserwowanie, przyglądanie się samej sobie, jak gdyby z boku, czasem nie bez ironii, widzenie siebie jako terenu walki będzie dominowało we wszystkich jej wierszach. Wyraźnie wystąpi to w następnych tomikach.

moje serce jest władcą absolutnym
ach jak ono się panoszy
przesłania mi cały świat


(moje serce jest władcą absolutnym)

a ja siedzę pod piecem
i staram się przychwycić
na gorącym uczynku - czas


(a ja siedzę pod piecem)

Na przekór skazie na sercu, a może właśnie dzięki niej, miała w swoich wierszach tyle wiary w życie, tyle zachwytu dla kruchego ludzkiego ciała, jedynej rzeczy danej nam na własność, która może kochać, cierpieć, tęsknić i umie być świadomą tego wszystkiego. Zdawała sobie sprawę z tego niemal religijnego, bałwochwalczego zapatrzenia w siebie już od pierwszego tomiku.

z takich nitek jest uplątane ciało
zachwyt i ból zachwyt i ból
(...)
jestem kościołem
ach jestem niewątpliwie gotyckim kościołem
z tym smukłym krwiobiegiem
w dreszczu


(z takich nitek jest uplątane ciało)

Napełniona wiarą - krwiobiegiem - pochwalała "przylądek wszelakiej nadziei". W 1958 roku przeszła operację serca w Stanach Zjednoczonych, która przedłużyła jej życie o dziewięć lat. Po 1958 roku wydała dwa tomy wierszy, Dzień dzisiejszy (1963) i Odę do rąk (1966), oraz tom prozy - Opowieść dla przyjaciela (1967). Zmarła w Warszawie 11 października 1967 roku, w kilka dni po drugiej operacji serca. Pośmiertnie ukazał się obszerny tom, Jeszcze jedno wspomnienie (1968)- owoc dwu ostatnich, pracowitych lat, do którego dołączono także wiersze napisane przed pierwszą operacją serca, pełne złych przeczuć, których jednak żyjąca i spragniona życia nigdy nie włączyła do tomików.

Halina Poświatowska to jest podobno człowiek
i podobno ma umrzeć jak wielu przed nią ludzi
Halina Poświatowska właśnie teraz się trudzi
nad własnym umieraniem
ona jeszcze nie wierzy ale już podejrzewa


(Halina Poświatowska to jest podobno)

Podejrzliwa, ale jednak pełna nadziei i zachłanna na te bogactwa, jakie dać mogą książki, z uporem zabrała się po pierwszej operacji serca do studiowania w Smith College, Northampton, Massachusetts. To wtedy właśnie napisała w jednym z listów do przyjaciół: "Po raz pierwszy zaczynam podejrzewać się o coś takiego jak przyszłość..." Studiowała filozofię, logikę, uczyła się języka angielskiego i niemieckiego, pisała wiersze, tłumaczyła z angielskiego i francuskiego (Joseph Margolis, Lawrence Ferlinghetti, Ezra Pound, Paul Eluard, Jacques Prevert ), zabrała się do tłumaczenia hiszpańskiego, w którym szczególną sympatią darzyła Lorcę. Obras completas Lorki, kupione w 1960 roku - o czym pisze w liście do matki - stały się książką, z którą się nigdy na długo nie rozstawała. Kiedy ją odwiedziłem ostatni raz, latem 1967, wzięła ze stołu ten właśnie oprawny w skórę tom Lorki, usiadła w kucki na szpitalnym łóżku, tak jak zwykle lubiła siadać do czytania, podała mi otwartą książkę i poprosiła, żebym czytał i tłumaczył. Zaglądała mi przez ramię w czytany tekst. Prosiła o następny wiersz. Po chwili zorientowałem się, chociaż nie powiedziała ani słowa, że szuka oczyma i wskazuje mi te wiersze, w których pojawia się muerte, morir, jakby chciała poznać wszystko, co Lorca napisał na temat śmierci i umierania. Czytałem posłusznie, chociaż trochę ze ściśniętym gardłem; wiedziałem jednak, że gdybym przerwał, byłoby to przyznanie się do niewiary w jej wyzdrowienie. Towarzyszący jej przez siedem lat egzemplarz madryckiego wydania Lorki był ostatnią książką, jaką widziałem w jej rękach, kiedy ją pożegnałem w szpitalnej sali przy ulicy Kopernika w Krakowie.
*
Wróćmy jednak o kilka lat. Dzięki uprzejmości Margosi, ukochanej siostry Haliny, miałem możność przeczytania sporego pliku listów z okresu stadiów Haliny w Startach Zjednoczonych, po pierwszej operacji serca. Bardzo osobiste spostrzeżenia, informacje i prośby, kierowane przede wszystkim do matki, ukazują codzienne sprawy, radości i troski, którymi żyła, o wiele wyraźniej niż wspomnienia zacierające się z biegiem czasu. Są równocześnie sprawdzalnym dowodem autentyczności tej żarliwie ludzkiej poezji, składanej na przemian z uporu i wiary oraz załamań i cierpienia. Dlatego wydaje mi się bardziej celowym przepisanie fragmentów tej nieznanej korespondencji Haliny niż analizowanie wierszy. Czytelnicy sami doszukają się związków, zauważą jedność życia i poezji. A oto fragmenty listów:

Dlaczego nie potrafię czuć żadnej więzi z niczym, tak mi daleko wszędzie. Do Was - do Krakowa - do bucików - wierszy - zastanawiam się, czy chciałabym, żebyś przestała się o mnie troszczyć. Nie, nie chcę. Potrzebna mi twoja troska - twoja troska odległa to jedyna rzecz, którą można położyć na szalę mojej niewiary. Pamiętasz zawsze nie wierzyłam - i na przekór chirurgom, którzy sklecili życie, niewiara rośnie, puchnie - rozwala. No to co? - to moje, a jak Ty w tym chcesz uczestniczyć? Jak Ty to chcesz zmienić? Można troską, ale troska z bliska czy na odległość jest ta sama, a nawet łagodniejsza na odległość. [...] Możliwości dialogów - mam pełno, i tylko jedną możliwość skargi. Gdybym przyjechała - byłabym dużo słabsza - boję się, że wskoczyłabym w starą skórę - a wiem, jak bezradna Ty jesteś. Nie bój się - żyję, widzisz - i jakoś nawet lepiej się czuję. [...]Aha, sprawdź, w jaki sposób umarł Jesienin, czy w hotelu niemieckim, czy przez powieszenie, i czy to było w lecie - napisałam taki wiersz i teraz się martwię, że się mija z prawdą -
(18 IX 1960 - z listu do matki)

[...] Pamiętasz? tak mi trzeba twojej troski. Muszę Cię zmartwić szeroko rozwijam inicjatywę i podobno mam niezłe możliwości dostania stypendium na dalsze, dalsze studia. Doktorat filozofii to byłyby jeszcze 2, jeszcze 3 lata. [...] Jaka długa jest przyszłość dziękuję Ci za książki - muszę je czytać, bo inaczej w tej powodzi języków zapomni mi się mój własny. Czy wiesz, pewnie nie, zaczęłam się uczyć niemieckiego. Muszę podobno umieć czytać także po niemiecku. Ostatnie tygodnie w New Yorku przyprawiły mnie o lekką nerwicę. Nie umiem spać i nie mogę pić kawy i nie umiem, nie umiem, nie umiem spać. Spanie nie ma sensu, nie mniej niż niespanie. Nie ma miłości. Tyle mam już lat - tyle wydarzeń tyle zużytej energii, czasu opuchłego czekaniem. Tak nie można, tak trzeba... I po co? Taka jestem głupia, że szybko, od razu nie wróciłam [...] - do Twojej troski i ulic Krakowa. Któż to się skazuje na banicję tak dobrowolnie, tak lekko, z takim uporem! Z taką niekonsekwencją - [...] Federico Garda Lorca - Obras completas - stoi sobie na półce - inni obok. Czytam Szekspira w oryginale - płaczę stad Julią - dlaczego nie? To bardzo piękne - tylko trudno mi będzie zdać z tego egzamin, bo mój angielski w piśmie podlejszy niż polski.
(2 X 1960 - z listu do matki)

[...] Mam wściekły kryzys i potrzeba mi tyle listów od Ciebie, ile możesz wyprodukować. Próbuj filozofii - Ty umiesz bardzo ładnie filozofię. Boże, jak mi trzeba Ciebie. [...] Życie nie ma sensu - żyć można tylko dotąd, dokąd się nie jest dokładnie człowiekiem, dokąd grają w tobie te puszyste instynkty - głód, hodowanie pokoleń... wiesz. Nie miałabym odwagi mieć dzieci - udusiłabym. Albo mi niedostaje jakiegoś zmysłu - nie wiem, nie wiem, dlaczego chodzę z tym piekłem w środku i obojętnieje niezmiernie na wszystko. Nawet na język Szekspira. Niecierpliwi mnie poezja, niecierpliwi filozofia i to samo odnośnie poetów i filozofów. Piękno fizyczne przyciąga mnie jeszcze, ale na dystans - nic nie chcę mieć na własność. To nonsens - to taka głupia mała gra, a tak męczy, jakby naprawdę. Nawet powiedzieć nie umiem, co jestem, co jest we mnie, dlaczego nie umiem. Nie umiem. Potem myślę o "Tobie", o Tobie biegnącej poprzez pokoje do sieni, potem o naszych nocach, o strachu, o twoim i moim strachu, i wiem, że trzeba pracowicie przedrzeć się poprzez następny bolesny dzień. I nie wiem, czemu Ci to potrzebne, nie rozumiem, jak może mieć to dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie, jakieś absolutne znaczenie, którego przecież, Kochanie, nie ma. Widzisz, nic nie ma znaczenia, i dopiero wtedy, dopiero kiedy sobie uświadomisz to właśnie, twoja miłość i twoja troska będą jakieś cudowne, bo właśnie tak samo nieważące jak moje udręki. Nie mogli czytać książek, nie mogę czytać filozofii jeszcze odrobino ciekawości rezerwuję dla logicznych symboli żeby poznać to patykową konstrukcję culture and civilization. [...] Kochanie, jeśli poetów mierzy się wielkością ich niepokoju, to ja przeszłam własną genialność. Moje udręki są bardzo typowo ludzkie. Chcę dorównać dziewczętom i nie mogę - nie mogę, bo mnie nic stać na ich pierwotną pasję. Ja myślę we dwie strony, one tylko naprzód - a ja sobie w tył, w tył...
(1961 - z listu do matki)

[...] Wczoraj przyjechałam do domu poprzez Georgię i Caroliny, i Virginię i Maryland i Pensylwanię i New Jersey i New York, Connecticut, Massachusetts - noc spałyśmy w Waszyngtonie, gdzie właśnie kwitły czereśnie - strasznie śliczny Waszyngton w kwitnących czereśniach. Jutro mam egzamin, a ciągle jeszcze nie potrafię się uczyć. Tam było tyle słońca na tej Florydzie, że mi się jakoś odtajało - uczyć się nie umiem, ale się uśmiecham... [...] Co mi trzeba, papier do pisania i trochę książek i całkiem ogromnie dużo słońca. Inaczej nie potrafię żyć i Tobie zatruwam życie... [...] Ja wiem, że to strasznie głupie, ale chciałabym mieć ślub w Krakowie - przed Witem Stwoszem - no powiedz, czy to nie byłoby ładne - no powiedz, jak studiować logikę, kiedy mi się po łbie takie rzeczy snują. Zobaczyć Ciebie i potem wydać się za mąż i zapisać na uniwersytet i .... jakie ładne są sny. Gdyby jeszcze zechcieli książkę wydrukować - Ja chyba wrócę i prędko - gdybym wiedziała na pewno, że wy oboje, Ojciec i Ty, myślicie tak jak ja. Że nie pieniądze są ważne i nie podróże i nie Ameryka.
(1 IV 1961 - z listu do matki)

Kochanie
zamiast nauki - list do Ciebie. Gdybym mogła wsiąść na okręt - już teraz - Ale jeszcze przedtem dużo nauki, ładnej; dużo Ameryki - nieładnej. Jutro jadę do New Yorku załatwić okręt. [...] Zaprosiłam Yasuko do Polski. Na dwa miesiące. Właśnie napisałam do ambasady, żeby jej dali wizę i zwolnili z opłat i wymiany dolarów. Napisałam, że będzie na moim utrzymaniu. Pod koniec lata odesłałoby ją się do Osaka. Yasuko strasznie tu nieszczęśliwa. Nie widziała Japonii pięć lat - a jeszcze ma rok do skończenia Smith. Powiedziałam jej, żeby zrezygnowała z kończenia, i jechała ze mną - najpierw- do Polski - potem do domu. Uniwersytet może kończyć w Osaka, a przynajmniej nie będzie się chciała wieszać każdej nocy. Nie wiesz, jak źle być z daleka od domu. Yasuko mówi po angielsku, francusku, grecku i japońsku... po polsku nie mówi, ale pewnie się nauczy... [...] Chyba Yasuko będzie szczęśliwa - skośne oczki jej się świeciły, kiedy ją zapraszałam i od razu chce przyjechać. No widzisz - to będziesz miała dwie - chociaż Ci pewnie aż tyle nic potrzeba.

(14 IV 1961 - z listu do matki)

[...] Tak mi wstyd, że tak strasznie długo zawracałam Ci głowę ale, widzisz, nie mogłam od razu - i powoli musiałam zdrowieć. Tak mi wstyd, że było mi tak strasznie dobrze tam - u Cioci Zosi tak cudnie - że tyle pięknych rzeczy widziałam po drodze [...] że się nasłuchałam najpiękniejszej muzyki, bo hiszpańskiej - że widziałam tę Niagarę...
(13 V 1961 - z listu do matki)

Margoś Kochanie!
Czy bardzo urosłaś? Hm - nie rośnij szybko, nie warto. Potem Cię z domu wyrzucą do Krakowa, albo do Ameryki i będziesz się musiała uczyć, uczyć, aż Ci świat pobrzydnie. Albo się wydasz za mąż i będziesz miała dzieci, co Ci zabiorą rękawiczki albo pantofelki, albo jedno i drugie. I nic nie powiesz bo jak? Tak piszę, żebyś wiedziała, jak źle być dorosłym na świecie. Czy już umiesz na pamięć małe miasto? Tam są takie ładne ulice, powinnaś pamiętać, bo Cię tam prowadzałam za rękę, dawno temu. Matka popełniła błąd: najpierw przysłała korale, a potem list, że od Ciebie. A ja jestem taka wiedźma, że nic lubię ładnych rzeczy trzymać dla siebie, zaraz muszę komuś podarować. Korale były śliczne i przyszła Wan-Kyun tak się trudno nazywa, bo z południowej Korei i powiesiłam je na Wan-Kyun i wyglądały na niej tak ładnie, że jej dałam te korale. I teraz musisz zrobić jeszcze jedne- takie same, tylko krótsze. A ja już przyrzeknę nie dać ich nikomu. No dobrze? - Nie gniewaj się, pyszczku. Przyślę Ci coś ładnego na urodziny. Całuję H.

(1961 - z listu do siostry)

*
Dopiero dokładne zdanie sobie sprawy z nieustannego zagrożenia, z walki o każdy przeżyty dzień, pozwoli nam inaczej spojrzeć na wiersze, które o sercu napisała - a jest ich sporo - i zrozumieć te z poczucia własnej kruchości wynikłe opisy i westchnienia.

w Metropolitan Museum
w dziale egipskiej rzeźby
widziałam odłamek posągu
nozdrza i wydatnie zarysowane wargi
posąg był wykuty w kamieniu twardym
jak czas


(w Metropolitan Museum)

Boże mój zmiłuj się nade mną
czemu stworzyłeś mnie na niepodobieństwo twardych kamieni


(Boże mój zmiłuj się nade mną)

Z uporem przedzierająca się przez dni, pragnęła pełnego życia, choćby miało ono ją zniszczyć. Marzyła o życiu normalnym, o ślubie po przyjeździe do Krakowa, a zostały tylko wiersze

o włosach dziecka
które nigdy nie wplączą się
w moje ręce kobiety
(....)
o miłości
doskonałej w swoim chmurnym niespełnieniu


(o moim domu)

Potrzebowała ludzkiej przyjaźni i umiała sobie tę przyjaźń zaskarbiać, mimo że czasem pełna goryczy, ironii czy autoironii. W czasie pobytu w Northampton szczególnie serdecznie zaprzyjaźniła się z obcokrajowcami, którym tak samo było źle z daleka od dom, z przybyszami z Azji, Afryki i Ameryki Północnej. Starała się poznać ich sposób myślenia, czasem pocieszyć, ofiarować choćby korale. Po pracowitym pobycie z Stanach Zjednoczonych Halina Poświatowska wróciła w 1961 roku do Krakowa, gdzie w dalszym ciągu studiowała, a później zaczęła pracować w Katedrze Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Połykam filozofię" - powie w jednym z wierszy. Pamiętam ją siedzącą w małym pokoju na Krupniczej nad tomem Bernarda Russella, kiedy zajmowała się pojęciem czasu w jego filozofii. Można znaleźć utwory, w których wymienia filozofów: Heraklita, Zenona z Elei, Platona, Kanta - ale Poświatowska była przede wszystkim wrażliwą poetką umiejącą także i filozoficzne problemy wypowiadać własną metaforą lub przekornym poetyckim żartem. Do takich pięknych żartów należy wiersz "miałam kłopoty z angielską terminologią filozoficzną". Równie wrażliwa była na malarstwo, które stało się bezpośrednim pobudzeniem dla wielu wierszy (np. w półokrągłych ramkach, przed narodzeniem, naprzeciw obrazu, śpiący jednorożec, Saskia, Metropolian Museum of Art), zawsze jednak są to wiersze tak bardzo osobiste, dalekie od naiwnych opisów, i tak przefiltrowane przed wyobraźnię, że mogą być najlepszym przykładem "prywatnego" odbioru sztuki. Pasja poznawcza towarzyszyła jej przez całe życie. Nawet na kartkach, które ze swego pobytu w Paryżu, na rok przed śmiercią, przesyłała Margosi, znalazła miejsce, aby informować ją np. o takich no przykład sprawach:

Jutro wyprawię się do innego muzeum; odkryłam jeden autobus, co mnie wozi bardzo fajnie i nic trzeba łazić po schodach w metrze" 14 X 1966 - - "Kupiłam sobie 6 książek i idę leżeć". 8 XI 1966 - "W antykwariacie kupiłam sobie, będziesz się śmiała, Kierkegaarda i teraz będę go czytać - po francusku, a tak. XI 1966r. Zainteresowania naukowe nie zniszczyły poetyckiej wrażliwości Poświatowskiej. Poezja jej, w pierwszych dwóch tomikach jeszcze nieco sentymentalna, nabiera zwięzłości i precyzji już od Ody do rąk, chyba nie bez związku z kierunkiem jej naukowych studiów. Badanie filozoficznych pojęć czasu o którym jeszcze dużo wierszy napisała, nie było przeszkodą, a być może nawet jej pomogło w poszukiwaniu własnej, poetyckiej definicji czasu mierzonego opornym rytmem serca, bo

czas-
jest przezroczystą perłą
wypełnioną oddechem


(żyje się tylko chwilę)

I jako wiersz pozostaje nadal perłą wypełnioną oddechem. Jako możliwość oddechu dla czytających jej wiersze.

Halina Poświatowska, Wiersze wybrane, WL, Kraków 1975.
Wstęp - Jan Zych.
2007 - 2009. Wszelkie prawa zastrzeżone. Napisz do admina.