Panorama

Biografia

Jan Zych urodził się w Korczynie - na Łazach, 27 grudnia 1931 roku. Był pierwszym dzieckiem w rodzinie. Jego rodzeństwo to: Kazimierz, Franciszek, Maria, Stanisław, Bronisława, Feliks i Marian. Jan - z całej ósemki - wykazał się największymi zdolnościami. Dzięki niezwykłemu samozaparciu i uporowi w dążeniu do zgłębiania swej wiedzy, został znanym poetą i wybitnym tłumaczem. Jan Zych Dzieciństwo Zycha przypadało na ostatnie lata przed wybuchem II wojny światowej. Jak wynika ze wspomnień rodziny i sąsiadów, już wtedy cechowała go wielka "wrażliwość". Kochał otaczające go środowisko, przyrodę. Z zapartym tchem słuchał opowiadanych przez matkę bajek. Po latach, wspomina ciepło ten okres swego życia, zwłaszcza w wierszach zawartych w zbiorze pt. "Zielone skrzypce" (1955) Czasy wojenne to dla młodego Jana splot wielu trudnych wydarzeń. W wierszu "O Urszulce spalonej" poeta wspomina żydowską dziewczynkę wydaną w ręce hitlerowca przez znanego mu człowieka. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Korczynie, Zych podjął dalsze kształcenie w gimnazjum im. M. Kopernika w Krośnie. Decyzja ta była trudna dla całej rodziny. Rodzice wiązali z najstarszym synem nadzieje, że z czasem wyręczy ich w ciężkiej pracy na roli. Jednak jego marzenia zupełnie od tych oczekiwań odbiegały. Z rodzinnego domu chodził do krośnieńskiego gimnazjum, codziennie, pieszo, ok. 9 km. Nic nie było w stanie złamać woli tego ambitnego a przecież ubogiego ucznia. "Nie chciałem, by się ktoś nachylał nad mym losem i częstowal litością. Nad pastuchem tylko brzezina płakała" - tak napisał o sobie poeta w utworze "Brzezina"(1955). Koniec wojny przyniósł czternastoletniemu Janowi bardzo trudne przeżycie. Podczas wiecu na krośnieńskim rynku z okazji zakończenia wojny zamienił miejsce w szeregu z kolegą szkolnym - Stanisławem Kustroniem. Nagle padł strzał. Chłopiec stojący przed Jankiem upadł. "Trzeba było rozpiąć szeroko całą koszulę, żeby na prawym ramieniu koło obojczyka zobaczyć mały, czerwony punkcik. Za kilka dni dowiedziałem się, że zamieniliśmy życie i śmierć. To była niepotrzebna już kula wystrzelona z radości." - opisuje to wydarzenie poeta w wierszu pt. "Pokój" (1961). Śmierć kolegi wycisnęła piętno na wrażliwej duszy młodego człowieka. Po ukończeniu szkoły średniej, Jan rozpoczął edukację na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Studiował filologię polską, a później poludniowosłowiańską. Prawdziwą pasją młodego studenta były książki. "Pochłaniał" je całymi tomami, kupował, odmawiając sobie wielu innych rzeczy. Jak wspominają jego sąsiedzi z Korczyny, gdy młody Zych przyjeżdżał na wakacje do domu, często miał na sobie zniszczone ubranie. Zawsze jednak przywoził kilkanaście książek, do których przywiązywał ogromną wagę. Po studiach, nadal związany był z Uniwersytetem. Mieszkał w Krakowie. Podjął pracę w Wydawnictwie Literackim jako redaktor działu poezji. Miał prawdziwy talent do języków obcych. Ich znajomość ciągle pogłębiał, co było niezbędne w podjętej przez Jana pracy tłumacza poezji. Przekładał z języków: rosyjskiego, francuskiego, angielskiego, serbsko-chorwackiego, czeskiego, macedońskiego, bułgarskiego, hiszpańskiego. Pierwszy tomik poezji pt. "Zielone skrzypce" wydał Zych w 1955 roku. Debiut ten spotkał się z wysoką oceną zarówno czytelników jak i krytyki literackiej. Później wydane zbiorki to: "Wędrująca granica? (l 961), "Układ serdeczny" (1965), "Pochwała kolibra" (1972), "Wybór wierszy" (1975), "Blizny po świetle" (1978). Zych często wyjeżdżał za granicę. Imponującą, dokładną znajomość języków obcych osiągnął dzięki tym podróżom i systematycznym studiom. Uważał, że: "aby tłumaczyć dobrze, trzeba znać nic tylko język, ale także tradycję kulturową, która w danym języku się mieści" (z wywiadu dla "Profili" - 1972). Jan Zych przekładał poezję i prozę. Autorzy, których utwory tłumaczył, to np.: Aragon, Popa. Alberti, Lorka, Guillcn, Neruda, Gabe, Eluard, Char, Dymitrowa, Marquez, Rulfo.Szczególnie cenił poezję Lorki i Albertiego, a zainteresowania związane z ich twórczością przeniosły się na dokładne studia języka hiszpańskiego. W roku 1965 Zych wyjechał do Meksyku, gdzie w ramach przyznanego mu stypendium przez półtora roku studiował na Univcrsidad Nacional Autonoma de Mexico literaturę hiszpańską, iberoamerykańską, a także język hiszpański. Po powrocie do kraju, podjął w swojej ukochanej Alma Mater pracę wykładowcy języka hisz­pańskiego. Ponowny wyjazd do Meksyku (1974) i dalsze studia językowe przyniosły Zychowi tytuł doktora. W tym czasie poznał również swoją przyszłą żonę - Celię Hemandes Esteves, z zawodu psychologa. W 1976 roku poeta wócił z nią do Polski, rok późnięj pobrali się w Krakowie, gdzie przyszła na świat ich córka - Joanna. Jesienią 1977 roku, wraz z rodziną, wyjechał na stałe do Meksyku. W grudniu 1980 roku urodziła się druga córka - Paulina. Poeta odwiedzał Polskę, ukochany Kraków, Korczynę, swoją matkę i rodzeństwo. Przez pewien czas pracował w Meksyku jako wykładowca literatury polskiej. Tłumaczył również polską poezję na język hiszpański (Miłosza. Szymborską, Herberta). Zmarł 23 sierpnia 1995 roku.

Tekst pochodzi ze strony:
http://korczyna.one.pl/slawni/zych.htm

* * *

"Kiedy będą rozbierać
co zostanie po mnie,
wiedz, że zapisałem ci złota tyle
ile wiosną da się zebrać z kaczeńców
po Komborni, po Korczynie"

Jan Zych - Pan na Korczynie

Osiem lat temu, 23 sierpnia 1995 roku, zmarł w Meksyku najwybitniejszy poeta ziemi krośnieńskiej - Jan Zych z Korczyny. Debiutował w 1955 r. tomikiem "Zielone skrzypce", w 1961 r. "Wędrująca granica", w 1965 r. "Układ serdeczny", w 1972 r. - "Pochwała kolibra" i w 1978 roku "Blizny po świetle". Był wybitnym znawcą i genialnym translatorem poezji i prozy bułgarskiej, serbskiej, czeskiej, rosyjskiej, hiszpańskiej, francuskiej i iberoamerykańskiej. Tłumaczył polską poezję na język hiszpański.

Któż z naszego pokolenia czterdziestolatków nie pamięta wzruszenia wywołanego zamieszczonym w podręczniku do języka polskiego wierszem "Kiedy przyjeżdżam". Byliśmy dumni, że dzięki Janowi Zychowi nasze miasto i spiżowy pomnik Ignacego Łukasiewicza zostały przybliżone naszym rówieśnikom w całym kraju. Niestety, pamięć ludzka jest ułomna. Niewielu mieszkańców Krosna i Korczyny pamięta o tej wielkiej postaci, a młodzieży jego nazwisko i dokonania są praktycznie nieznane. Jesteśmy mu winni, aby pamięć o "Panu Na Korczynie", jak nazywali go koledzy z krakowskiego środowiska literackiego powróciła, jak w jego wierszu:

"W sprawie zapominania"

Są w jednym domu drewniane schody;
możesz je spalić,
muzyków upić winem i miodem,
żeby nie grali.

Możesz zaorać wąziutkie ścieżki
o zmierzchu siwym,
ażeby wyrósł łubin niebieski
albo pokrzywy.

Cały dom w pustkę przemienić możesz,
zasadzić głogi,
aby nie było o żadnej porze
powrotnej drogi.

Ale nie można odsunąć wspomnień
jak lampkę wina.
Ten, kto powtarza co dzień "zapomnę",
nie zapomina.

Zielem zarosną ścieżki, lecz pamięć
- nie ma ratunku -
pamięć powróci tymi schodkami
do pocałunku.

Dom rodzinny położony był na wzgórzu w pewnym oddaleniu od pozostałych zabudowań przysiółka Łazy. Wyżej domu stał należący do rodziny wiatrak, z którego rozciągała się panorama Komborni, Korczyny i Krosna. W tej scenerii urodził się w 1931 roku najstarszy z ośmiorga dzieci Anieli i Józefa Zychów - Jan. Tam w krótkich drelichowych spodenkach zamiast psocić z kolegami i strzelać z procy do ptaków, namiętnie szukał wśród pól i łąk baśniowych, zielonych skrzypiec świerszczy, o których opowiadała mu matka w długie zimowe wieczory.
Debiutancki tomik "Zielone skrzypce" to cały obraz dzieciństwa.

"Gdzieś tu w Korczynie
są rozrzucone
wspomnień dzieciństwa
ostre kamyki.
Serdecznie dzisiaj
patrzę w tę stronę -
tu się uczyłem
kiedyś muzyki"

Są to pieśni tęsknoty za korczyńskimi krajobrazami, przyrodą w której wyrósł i ludźmi których kochał. To wspomnienie dziadka Piotra:

"W dymnej chałupie w Czarnorzekach
przy drgającym płomyku brzozowego łuczywa
mój dziadek buty wieczorami klepał."

Ojca:

"Na Węglówce, za szumiącym borem,
w szybie naftowym młodość twoja.
Czarną ropą płynęły wieczory
i rzadko książkę miałeś w dłoniach"

Po ukończeniu szkoły podstawowej w Korczynie uczęszczał do gimnazjum i liceum w Krośnie. Do Krosna chodził piechotą ponieważ pieniądze, które dostawał na bilet autobusowy wydawał na książki, namiętnie zbierane od wczesnego dzieciństwa. Okres nauki w liceum to pierwsze próby poetyckie, pierwsza miłość opisane później we wzruszającym wierszu "Krosno":

"Każda ścieżka w miasteczku tym -
temat do wiersza.
Tam wyrósł pierwszy dźwięczny rym
i miłość pierwsza"

To nauka do późnej nocy przy naftowej lampie (elektryczność do domu rodzinnego dotarła dopiero w 1950 roku). "To dobra lampa" napisał później w swoim najbardziej znanym wierszu, poświęconym Ignacemu Łukasiewiczowi, który go "wywiódł z czarnych wieczorów i w jasne księgi wprowadził". Po maturze rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Ten czas to burzliwe, pełne dyskusji i twórczych sporów noce w akademiku, to pierwsze fascynacje poezją bułgarską, czeską, serbską, hiszpańską. Następnie praca w wydawnictwie literackim, z którym był związany do końca swoich dni. Przyjeżdżając w rodzinne strony odbywał długie spacery po ścieżkach swojego dzieciństwa, odwiedzał swoich krośnieńskich przyjaciół: Zenona Zgrycha, Kazimierza Górawskiego, Adolfa Marczaka. W krośnieńskim liceum urządzał spotkania poetyckie i wykłady z literatury. Bratowa - Elżbieta Zych - wspomina o wielkiej niespełnionej miłości do pięknej nauczycielki z Komborni. Chodził wtedy nieszczęśliwy całymi dniami po łąkach i polach między Kombornią i Korczyną, przysiadywał na miedzach i przeżywał wewnętrzne katusze. Echa tej miłości są silnie wyczuwalne w jego wierszach ze zbioru "Wędrująca granica" oraz późniejszych. Jego mieszkanie na poddaszu budynku związku literatów przy ulicy Krupniczej 22 w Krakowie było potężnym składem książek, na które wydawał wszystkie pieniądze, Był to swoisty klub literacki, pełen odwiedzających Jana Zycha pisarzy, poetów, ludzi kultury, to niekończące się dyskusje i wieczory poezji. Brat Stanisław, każdorazowo gdy wracał z pracy w poszukiwaniach naftowych zatrzymywał się na jedną noc w mieszkaniu Jana. Słuchali razem muzyki z wielkiej kolekcji płyt. Przeważała tam twórczość południowoamerykańskich Indian. Płyt tych nie pozwalał nikomu dotykać, z nabożną czcią osobiście wkładał płyty do gramofonu i delikatnie opuszczał igłę uważając żeby nie dopuścić do najmniejszej ryski. Rosła wtedy jego największa pasja - iberystyka. Zafascynowany kulturą Ameryki Południowej w 1965 roku wyjechał do Meksyku na dwuletnie studia. Przetłumaczył na język polski szereg pozycji z prozy iberoamerykańskiej. Najbardziej znana to Gabriel Garcia Marquez "Zła godzina" oraz wiele utworów poetyckich, w tym wielki zbiór poezji największego chilijskiego poety - Pablo Nerudy. Wykładał język hiszpański na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kuzyn - Jan Fedak - wspomina, że będąc studentem AGH złożył wizytę poecie i został przyjęty herbatą. W pamięci utkwiły mu słowa, że ma szczęście, bo jest herbata, przeważnie nie było, na jedzenie też brakowało pieniędzy. Jan Zych żył pracą zapominając o przyziemnych sprawach bytowych. Pracował nocami, dzwonki pierwszych rannych tramwajów oznajmiały mu, że czas położyć się spać. W tym czasie przełożył na język polski utwory najwybitniejszych poetów słowiańskich. Najsilniej związany był z poezją bułgarską. Większość autorów tłumaczonych wierszy znał osobiście, z wieloma się przyjaźnił. Twierdził, że "tłumaczenie, a szczególnie tłumaczenie poezji powinno być ofiarowaniem przyjaźni". W czasie pobytu w Meksyku poznał Celię Arnandes Estewes, swoją przyszłą żonę, z zawodu psychologa. Ślub wzięli w Krakowie. W 1977 roku urodziła się córka Joanna. Wkrótce opuścili Polskę i zamieszkali na stałe w Meksyku. Tam urodziła się druga córka - Paulina. Ostatni raz przyjechał w rodzinne strony w październiku 1980 roku. Okres meksykański to tłumaczenia literatury hiszpańskojęzycznej na język polski i polskiej poezji na język hiszpański, to zgłębianie interesującej go od lat kultury indiańskiej. Do swoich talentów literackich dołożył metalorytnictwo i z pasją przenosił na metal motywy indiańskich ikon. Borykał się z ciągłymi problemami finansowymi - z przekładów nie był w stanie utrzymać rodziny, żyli praktycznie z dochodów Celii prowadzącej prywatną praktykę psychologiczną. Ostatnie lata to walka z chorobą. Równo rok przed śmiercią napisał do swojej siostry, Bronisławy Pitery, długi list opisujący dwuletnią gehennę, jaką przeszedł, liczne operacje, chemioterapię, krwotoki, uszkodzenia nerwu twarzy, a w efekcie częściowy paraliż. W liście tym prosi siostrę, aby mu dokładnie opisała losy wszystkich członków swojej licznej rodziny, jak radzą sobie w nowej sytuacji, czym się zajmują. Zaznaczył, że córka Paulina, wówczas trzynastoletnia dziewczynka, jest bardzo ciekawa tych wiadomości. Zadziwia to, że mimo choroby nadal pracował i optymistycznie patrzył w przyszłość. "Nie załamuję się, staram się pracować, choć męczę się szybciej niż dawniej. Wyszedł tomik Różewicza w moim przekładzie na hiszpański, wyjdzie niedługo duży tom wierszy Miłosza, a w Krakowie dwa lata temu wyszedł tom Octavio Paza "Labirynt samotności", który leżał tam dziesięć lat, bo cenzura nie puszczała. To przekłady z polskiego i na polski. Nie ma już wiatraka na wzgórzu. W domu rodzinnym mieszkają obcy ludzie, na ścianie nie ma już lampy naftowej, przy której napisał swój pierwszy wiersz. Ale przy ścieżkach jego dzieciństwa nadal świerszcze grają na zielonych skrzypcach. Idźcie w sobotę 23 sierpnia w rocznicę jego śmierci na korczyńskie łąki. Posłuchajcie ich śpiewu. Może uda wam się rozpoznać, jakie metrum grają, kiedy świerszczowi smutno. On to potrafił.

Tadeusz Gajewski

(artykuł publikowany w tygodniku lokalnym Nasz Głos)
Tekst pochodzi ze strony autora:
www.tadeuszgajewski.pl.tl
2007 - 2009. Wszelkie prawa zastrzeżone. Napisz do admina.